Żeby spalić to, co się zjadło przez święta... (albo chociaż trochę)
d a n e w y j a z d u
22.00 km
0.00 km teren
01:00 h
Pr.śr.:22.00 km/h
Pr.max:35.00 km/h
Temperatura:17.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Victus ;]
"Rano" (o 13) po pieczywo - 2km.
Godzinę później po śniadaniu wylot zrobić ze 20km. Dojechałem do Miętnego i zrobiłem 3 standardowe fotki na kładce.![]()
![]()
![]()
Stamtąd też napisałem do Marka, że będę przejeżdżał obok jego domu i można by pogadać. Po ok. 5 minutach ulicą Spacerową w Miętnem ruszyłem w kierunku Woli Rębkowskiej. Na tzw. Wietnamie skręciłem w stronę stacji i po chwili poczułem wibracje w kieszeni - Marek. No to zawracam i spotykamy się u niego.
Po ok. 30 minutach rozmowy pojechałem dalej. Dojechałem do obwodnicy. Tam kilka fotek.![]()
![]()
![]()
Stamtąd wzdłuż obwodnicy w kierunku rzeki. Znów jakieś fotki po drodze:![]()
![]()
I tutaj przy moście przez Wilgę. ![]()
Sztucznie meandrująca rzeka ;)![]()
Wszedłem na nasyp i zrobiłem kilka prawie indentycznych zdjęć, w sumie nie wiem po co... ale niech będą ;]![]()
![]()
![]()
![]()
Przeprawiłem się na drugą stronę rzeki po znanej kładce i przez Czyszkówek, ulicę Targową, Cmentarną i Mazowiecką wróciłem do domu.![]()
Mapka trasy z zaznaczonymi miejscami cykania fotek:![]()
Kategoria Sam
Rozruch ;)
d a n e w y j a z d u
12.40 km
0.00 km teren
00:53 h
Pr.śr.:14.04 km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Victus ;]
Ciepło się zrobiło więc trzeba by zacząć jeździć. No więc wyciągnąłem rower i tak stanem licznika 6438km zaczynam nowy sezon.
Pojechałem na kładkę nad obwodnicą w Miętnem, potem powrót ulicą Spacerową w Miętnem i polną drogą do domu. Potem trochę pokręciłem się po ulicy przed domem, poćwiczyłem wheelie i po niecałej godzinie od wyjazdu z domu licznik pokazał 12,4km. Na początek wystarczy :)
Kategoria Sam
Czas opisać drugi dzień naszej
d a n e w y j a z d u
96.50 km
0.00 km teren
04:45 h
Pr.śr.:20.32 km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:
Czas opisać drugi dzień naszej wyprawy. Zaczął się on dosyć wcześnie.
Spałem sobie wygodnie, w ciepłym śpiworze. Nagle coś zaczęło dzwonić, jakby przez sen, ale chyba jednak nie... Otwieram oczy, coś dzwoni dalej. Dopiero po chwili skojarzyłem gdzie jestem, i że to dzwonienie dobiega zza otwartych drzwi balkonowych, a dokładniej z kościoła. Spojrzałem na zegarek. 6:00. Ale co się dzieje... 6 razy już było... Ile jeszcze? Obudziłem się zupełnie. Zmęczenie jednak zwyciężyło i udało mi się jeszcze usnać. Chwilkę przed 7 zaczęły dzwonic nasze budziki. Mozolnie podnieśliśmy się z łóżek. Za oknem wilgotno, mglisto, że nie widać kościoła, który jest przecież tak blisko. Krótka toaleta, śniadanie, sprzątanie. 
Czas się zbierać. Wyszliśmy przed dom, porozpinaliśmy rowery i pukamy do pani Wandzi, ale ona nie otwiera. No nic... trzeba poczekać, przecież nie zostawimy otwartego mieszkania. Po ok. 10 minutach przyjechała - była na zakupach. Wręczyliśmy jej bombonierkę razem z podziękowaniami za gościnę. Mgła wzniosła się do góry, pozwalając na zrobienie zdjęcia kościoła w Woli Gułowskiej, ale nie dając szans słońcu.
Armata upamiętniająca walki z II Wojny Światowej
Ostatnie poprawki sam nie wiem czego....
i jedziemy.
Ale nie napisałem gdzie ;) Jedziemy wyznaczoną w środę trasą. Do przejechania orientacyjnie 90-100km. Żadnych zmian :) Kolejny punkt: Adamów. Niedaleko. 10 kilometrów.
Tam trochę wydłużony postój, bo dziewczyny pobiegły po pasek do spodni ;]
Tradycyjnie zdjęcia:

Ruszamy dalej w kierunku Wojcieszkowa. Trochę wątpliwości typu "czy dobrze skręciliśmy", ale z pomocą mapy udało się je rozwiązać. Kościół okazał się całkiem ciekawy i zabawiliśmy przy nim sporo czasu.

Kilka minut po 10 wyjeżdzamy z Wojcieszkowa, jak się okazuje cały czas jakimś niebieskim szlakiem. W okolicach Woli Burzeckiej zgubiliśmy go, ale znalazł się w kolejnym punkcie docelowym, Burzcu(?) yyy miejscowości Burzec. Tam wg notatek miała byc gorzelnia, dworek i jeszcze coś. Z gorzelnią się udało - wysoki komin widać z daleka. Jest to jednak najlepiej zachowana część dawnego zakładu. Reszta jest w stanie absolutnej ruiny. Ale i tak fajnie wygląda ;]

Podczas poszukiwań dworku wydarzyła się tragedia... ślimak "pyknął" czy jakoś tak i było źle. Ale nie ma czasu na rozpaczanie, dworku nie ma, więc jedziemy dalej, teraz w kierunku Krzwydy.
Jednak zanim tam dojechaliśmy zatrzymaliśmy się na malinki :) Tamte okolice to zagłębie malinowe, tak jak zagłębiem owocowym są okolice Wilgi, Góry Kalwarii i Grójca. Więc głupio byłoby nie spróbować ;)
W Krzywdzie udało nam się nie zrobić sobie krzywdy. Spytaliśmy tylko gdzie jest dworek, ale pani nie bardzo wiedziała, że coś takiego w jej miejscowości się znajduje. W końcu okazało się, że "może w gminie". No ok. Na rondzie w lewo.
Trafiliśmy. Dworek jest teraz wielobranżowy, bo znajduje się w nim wiele instytucji od Urzędu Gminy, przez Bibliotekę Publiczną do Posterunku Policji. Było coś jeszcze, ale co nie wiem ;]

;)
Jedziemy (znowu muszę użyć tego słowa...) dalej. Kolejny cel to Stanin, a jedziemy przez miejscowość o intrygującej nazwie, Starą Wróblinę, i obok Nowej Wróbliny.
Droga całkiem miła, równa, z marginesem, którym jedzie się o wiele wygodniej niż zwykłą wąską drogą.
W Staninie czy tam Wesołówce ma być jakiś dworek, a dokładniej jego ruiny. No i rzeczywiście były. Wszystko zarosło, że z drogi nie widać nawet ścian. A kiedyś było tu pięknie... Zwiedziliśmy też wilgotne piwnice. Kilka zdjęć:

Elza z buszu? :)

Wlot do Stanina i na liczniku prawie 42km.
W Staninie postój pod sklepem, kupujemy jedzenie na obiad, bo - nie wiem jak inni - ale ja lepiej słyszałem swój brzuch niż skrzypiący po pobycie na deszczu łańcuch. Wyjeżdżając mijamy kościół. Marek ma już jego zdjęcia, więc ja dla samego udokumentowania obecności tam pstryknąłem zdjęcie "z siodła" :D Chyba było pod słońce...
Kilka kilometrów dalej w okolicach Ogniwa zatrzymaliśmy się na obiad. Rozłożyliśmy się jak to zwykle bywa - na trawie. 
Czas rozpusty dla żołądków trwał ok. godzinę. No ale cóż. Trzeba jechać, bo Anka chce być na 18 w domu, więc zostało tylko 4h. Kilka kilometrów dalej zatrzymujemy się obok kościoła w Wandowie. Markowi nie chciało się wyciągać aparatu z plecaka, więc ja pstryknałem zdjęcie po swojemu.
Nagle Iwona oznajmila, że drzwi na dzwonnicę są otwarte i "można" tam wejść. Markowi nie trzeba było 2 razy powtarzać. Nawet aparat mu sie zachciało wyjąć.

Wracając obok schodów spotkali jakąś starszą panią, która przyszła się pomodlić. Okazała się jednak wyjątkowo wyrozumiała, albo niedomyślna, bo nie dopytywała się po co tam wchodzili. Już mieliśmy się zbierać do odjazu, kiedy zza rogu kościoła pojawił się jakiś ktoś. Nie wiem kto to... wiem, że miał klucze do kościoła, bo spytał czy może chcemy obejrzeć go wewnątrz. A i owszem, czemu nie :) Ogólnie wyszło miło. Chyba ktoś nas potraktował jako jakichś młodocianych dziennikarzy czy coś takiego. Sam nie wiem.

Nie planując już żadnych większych postojów jedziemy w stronę domu. Na wysokości wioski Germanicha wyprzedzamy jakiegoś starszego już pana. Tzn. prawie wyprzedzamy, bo nie chciał dać się wyprzedzić. Mimo przejechanych tego dnia blisko 60km zaczęliśmy się ścigać. A nie było łatwo. Dziewczyny troszkę zostały z tyłu, więc zwolniliśmy. Rajdowiec skręcił kawałek dalej. W Jarczewie miał być jakiś dwór, ale nie robiliśmy sobie zbyt dużych nadzieji na jego zobaczenie. A jednak udało się, głównie dlatego, że był zaraz przy głównej drodze. Zatrzymaliśmy się więc obok dla odpoczynku i uzupełnienia płynów po zawodach sprzed kilku kilometrów.
Ja to potrafię wsadzić się w kadr...
No i po ponad 24h pobytu w województwie lubelskim wracamy do mazowieckiego. Jeszcze tylko 30 parę kilometrów.
Bez zatrzymania mijamy Żelechów i kontynuujemy przez Goniwilk i Samorządki do Górzna. Sam wjazd do Górzna bardzo przyjemny z racji tego, że ok 800 metrów jedzie się z górki i można odpocząć.
W Górznie robimy dłuższą przerwę. Za kilka minut się rozdzielamy. Ja z Iwoną jedziemy w kierunku Garwolina, Marek z Anką muszą przez Łaskarzew przedostać się do Rudy Tarnowskiej. Krotkie pożegnanie i każdy jedzie w swoją stronę. Kilka minut przed 17 wjeżdzamy do Garwolina. Przed Iwoną jeszcze kilkanaście kilometrów, ja o 17 docieram do domu z przebiegiem 96,5km tego dnia i 202km dystansu wycieczki.
Podsumowując. Była to moja pierwsza dwudniowa wycieczka rowerowa "na własną rękę". Bardzo się cieszę, że wszystko potoczyło się tak jak sobie tego życzyliśmy, a nawet o wiele lepiej. Mówię to szczególnie o noclegu, ale też o powrocie Anki do domu na czas ;) Ode mnie podziękowania dla Anki, Iwony i Marka za bardzo miło spędzony czas i jednocześnie słowa uznania dla dziewczyn, które wytrzymały fizycznie ten dystans, naprawdę szacunek. Oby to nie była ostatnia nasza wycieczka.
Mapka dzisiejszej trasy:
6326
Kategoria Sam, Z Markiem
Czas napisać kolejną
d a n e w y j a z d u
106.50 km
10.00 km teren
05:40 h
Pr.śr.:18.79 km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:
Czas napisać kolejną recenzję z wycieczki. Już teraz wiem, że będzie to najlepiej ilustrowana wycieczka na moim blogu ;)
Wyjazd na więcej niż dobę planowaliśmy już od dawna, w końcu postanowiliśmy doprowadzić go do skutku. Po pierwszych ustaleniach okazało się, że na wyjazd możemy poświęcić tylko 2 dni: czwartek i piątek. Z Markiem zaplanowaliśmy trasę, zapisując na kartce punkty warte zobaczenia. Jeszcze w środę wieczorem ustalaliśmy ostatnie szczegóły typu: "czy brać namiot?", "czy wogóle jechać, jeżeli prognozy pogody są tak złe?". Najbliższe 2 dni miały sprawdzić czy podjęliśmy dobre decyzje.
W czwartek wstałem już o 6 rano. Standardowo wycieczka do piekarni po pieczywo na śniadanie i drogę. Kilka minut pakowania, mały przegląd roweru, sprawdzenie czy wszystko jest i o 7:10 obładowany plecakiem i śpiworem ruszyłem w stronę Rudy Talubskiej, gdzie o 7:30 miał czekać na mnie Marek. Udało mi się dotrzeć na czas. Chwilę później razem jechaliśmy w kierunku Łaskarzewa, gdzie o 8 umówiliśmy się z dziewczynami. Na miejscu byliśmy o 7:55, więc siedliśmy na ławce z widokiem na wjazd od strony Tarnowa. 10 minut po 8 zadzwonił mój telefon. Już wiedziałem co jest nie tak. Dziewczyny zaspały. Trzeba poczekać "trochę czasu". Postanowiliśmy ruszyć w ich stronę, by nie czekać bezczynnie. Zatrzymaliśmy się mniej więcej w połowie drogi między Łaskarzewem i domem Anki i nad Promnikiem rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Dziewczyny pojawiły się ok. 9:15, nie ociągając się ruszyliśmy z powrotem w kierunku Łaskarzewa, a następnie przez Pilczyn i Melanów polnymi, piaszczystymi drogami (które mocno dały nam w kość, a szczególnie Ani jadącej typowo szosowym rowerem) do Chotyni.
Zatrzymaliśmy się obok bramy bardzo ładnie wyremontowanego dworku, służącego obecnie jako hotel, luksusowa restauracja i sala konferencyjna.

Po kilku minutach zaproszono nas do środka.

Po ok. 30 minutach postoju w Chotyni ruszyliśmy dalej.
Przecięliśmy DK17 i przez Wólkę Ostrożeńską, Piastów, Goniwilk, Żelechów dojechaliśmy do Starego Zadybia. Był to najdłuższy etap tego dnia wycieczki. Tym razem bez przewodnika o wiele dokładniej obejrzeliśmy ruiny gorzelni. Zajrzeliśmy do piwnic i na strych, obeszliśmy wszystkie pomieszczenia. Oto kilka zdjęć:

Co to jest?! To ufo?! Niee.... Piec ;)
I czas na odpoczynek.
Zjedliśmy obiad, odpoczęliśmy porządnie i można było jechać dalej.
Kolejny cel: Kłoczew. Tam wg zapisków miał być kościół, kaplica i dworek. Kościół znaleźlismy bez problemów.

Trudniej było z dworkiem. Nie mogliśmy go znaleźć. Dopiero jakaś pani powiedziała nam o dworku w Jagodnem. (chyba tak się to pisze?). Wg jej wskazówek bez większych problemów trafiliśmy na miejsce. Budynek bardzo się nam wszystkim podobał. Jednak nie widzę sensu opisywania go, bo wszystko widać na zdjęciach.

Ciekawostką jest, że na teren dworku spadł samolot szkoleniowy "Iskra" z Dęblina. Pilot popełnił błąd w pilotażu podczas lotów szkoleniowych. Zginął na miejscu. Więcej informacji (nawet dokładne sprawozdanie) na temat wypadku można znaleźć w internecie. My mieliśmy szczęście być tam dokładnie w 7 rocznicę tego wydarzenia.
Spacerując po parku otaczającym dwór...
...dotarliśmy do pomnika upamiętniającego tę tragedię.
Po ok. pół godziny ruszyliśmy w dalszą drogę.
Nie na długo. Kilka kilometrów dalej znaleźliśmy kaplicę której to nie mogliśmy znaleźć w Kłoczewie. 
Taki ciekawy znak ;]
Kolejnym punktem wycieczki była Okrzeja. Tam obejrzeliśmy kościół.

Następnie podjechaliśmy do kopca Sienkiewicza kawałek za Okrzeją.

A stamtąd po kilkunastu minutach postoju pod sklepem pojechaliśmy do Woli Okrzejskiej, gdzie wg notatek, a także przydrożnych drogowskazów miało się znajdować Muzeum Henryka Sienkiewicza. Przywitał nas tam sympatyczny pan, opowiadając nam historię tego miejsca. Potem zaprosił nas do środka, gdzie spędziliśmy dobrych pare minut. Oto kilka wybranych zdjęć:

Następnie wyszliśmy do bardzo dobrze utrzymanego ogrodu.

Tam w czystym sanitariacie umyliśmy się, odpoczęliśmy porządnie i zrobiliśmy wspólne zdjęcie ;)
Zbliżał się wieczór. Dochodziła 18. Czas szukać noclegu. Od opiekuna muzeum dowiedzieliśmy się, że w kolejnym punkcie naszej wyprawy, Woli Gułowskiej, znajduje się dom pielgrzyma. To właśnie tam planowaliśmy się zatrzymać na noc. Ze wskazówkami którędy jechać ruszyliśmy w ostatni tego dnia etap wycieczki.
Bez większych problemów dojechaliśmy na miejsce. Znaleźliśmy dom pielgrzyma i zapytaliśmy o możliwość noclegu. Niestety okazało się, że nas nie przyjmą. Polecono nam iść do pani Wandzi, która to wynajmuje pokoje. Jednak mieliśmy problem by znaleźć to miejsce. W końcu udało się. Pani Wandzia okazała się wspaniałym człowiekiem, bo zgodziła się nas przenocować praktycznie za darmo. Do naszej dyspozycji mieliśmy pokój z łóżkami, kuchnię i łazienkę. Luksus po prostu. Rowery zostały przed domem, pospinane zapinkami. Zjedliśmy duuużą kolację, umyliśmy się, ale zanim położyliśmy się spać zaczęła się burza. Nawet nie chcieliśmy myśleć jak wyglądałaby nasza noc pod namiotem, albo co najgorsze bez namiotu. A tak w wygodnych łóżkach i całkowitych ciemnościach z powodu braku prądu spaliśmy do samego rana. No prawie do rana, ale o tym w kolejnej notatce.

Mapka dzisiejszego przejazdu:
Kategoria Inne, Z Markiem
No i znowu tydzień
d a n e w y j a z d u
83.00 km
2.00 km teren
03:50 h
Pr.śr.:21.65 km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:
No i znowu tydzień bez dalszych wyjazdów. Przebiegi żadne... Po 2-3km dziennie.
Dopiero dzisiaj zaczęło się coś dziać. Zaczęło się od tego, że rano oprócz standardowej wycieczki po pieczywo musiałem kupić parę innych rzeczy. Licznik pokazał 5km.
Zająłem się malowaniem starej kuchni. W przerwie na jedzenie odczytałem smsa z propozycją kolejnego wyjazdu w kierunku "niewiadomo". Oczywiście się zgodziłem ale obaj mieliśmy jeszcze kilka zajęć więc zanim spotkaliśmy się pod moim domem zrobiła się 15:10. Pora dosyć późna na dalekie wyjazdy - w ostatnich dniach sierpnia już przed dwudziestą jest ciemno. Marek proponował wycieczkę w okolice Żelechowa i Wilczysk. Tam już jednak byliśmy jakieś 2 miesiące temu, więc ta opcja trochę mało nas pociągała. Ostatecznie postanowiliśmy ruszyć w kierunku Górzna, a tam się coś wymyśli. Ciekawił nas znaczek oznaczający zabytki obok Starego Zadybia, ale uznaliśmy, że to jest dzisiaj nieosiągalne - za mało czasu...
Oglądając się co chwilę na zbliżającą się od północnego zachodu ciemną chmurę przeciskaliśmy się przez Garwolin bocznymi uliczkami. Odstaliśmy nawet chwilę pod dachem jednego ze stoisk na "zieleniaku", bo zaczęło padać, ale zdenerwowani robieniem nas "w konia" pojechaliśmy na żywioł. Co będzie! No i bardzo dobrze :D Nie padało :)
Pchani wiatrem dosyć szybko dojechaliśmy do Górzna. Tam kilka minut odpoczynku obok kościoła:
Zdjęcie Urzędu Gminy w Górznie :D
Po obradach nad mapą postanowiliśmy pojechać do Piastowa, gdzie mieszka Piotrek - nasz klasowy kolega. W Górznie skręciliśmy więc w stronę Żelechowa.
Postanowiłem robić trochę zdjęc z drogi, pokazujących jakimi drogami jeździmy. Marka aparat się do tego nie nadaje, ale za to mój telefon daje radę (no może niezawsze, ale pomińmy szczegóły :D). Oto fotka z okolic Samorządek prawdopodobnie.
A to już Piastów. A raczej niebo nad Piastowem, bo resztę trochę mało widać.Niedomagań aparatu nie będę komentował ;]
Na tym zdjęciu dzwonię do Piotrka. Wiem, że wyglądam jakbym robił co innego, ale wcale tak nie jest.
I jeszcze zdjęcie bardzo pomysłowego przykrywania bel słomy - plandeki z banerów reklamowych ;)
Okazało się, że Piotrek właśnie wraca do domu z Warszawy i jeszcze "trochę" mu się zejdzie. Czekać nie zamierzamy... ale może udałoby się tak zaplanować trasę, by zajechać do niego w drodze powrotnej. Wsadziliśmy nosy w mapę i kombinujemy. Ok. Stare Zadybie wcale nie jest tak daleko :D Jedziemy tam. Narazie kierunek Stefanów.
2 zdjęcia z drogi nr 807 w okolicach Stefanowa.
Kościół w Stefanowie
i ponownie droga 807 w Stefanowie.
Kawałek dalej skręcamy w prawo. Okazało się, że odrobinę za wcześnie, ale i tak dobrze wyszło. Kawałek za Stefanowem skończył się asfalt
ale potem pojawił się znowu.
Dojechaliśmy do jakiegoś skrzyżowania. I gdzie teraz? W lewo czy prosto?
Prosto. I dobrze zrobiliśmy. Kawałek dalej w miejscowości Mroków znaleźliśmy skręt na Budziska.
To własnie zdjęcie z tej miejscowości. Jak widać zachmurzenie spore. Ciemne chmury dookoła, ale - odpukać - jak narazie bez deszczu :)
Po kilku kilometrach dojechaliśmy do znajomej mi drogi prowadzącej z Żelechowa w stronę Woli Zadybskiej. To był nasz następny cel, więc ruszyliśmy w tamtym kierunku. Tam kilka minut przerwy. Marek robił zdjęcia...

... a ja tymczasem poszedłem do sklepu po wodę. Tylko nie wiedziałem, gdzie jest wejście. W końcu znalazłem. Wchodzę... Małe pomieszczenie z półkami gdzie tylko się da, ale w dużej części puste. Człowiek przede mną kupuje "łomżę", ja proszę o jakąś wodę mineralną.
- Cisowianka tylko - odpowiedziała przesadnie wyraźnie i bardzo głośno dosyć młoda, ale raczej mało urodziwa sprzedawczyni.
- Może być.
- Złoty trzydzieści - odpowiedziała tym samym tonem ekspedientka
Zapłaciłem, podziękowałem. Marek jeszcze pstryka.
Ruszyliśmy. Wg wskazówek drogowskazu skręciliśmy w lewo. Po kilkuset metrach dojechaliśmy do skrzyżowania. Gdzie teraz jechać? Zatrzymaliśmy się, żeby pomyśleć ;) Marek wyciągnął aparat i zrobił kilka zdjęć.

Postanowiliśmy jechać główną drogą i skręcić w prawo. Na niebie coraz więcej ciemnych chmur, ale wszystkie szczęśliwie omijały nas. Zdarzało się tylko, że mieliśmy mokrą drogę.

Zatrzymując się jeszcze kilka razy dojechaliśmy do Starego Zadybia. Od razu po lewej zobaczyliśmy dosyć duży budynek z wystającym wysoko w górę kominem - wszystko z czerwonej cegły w charakterystycznym niemieckim stylu lat przedwojennych. Co to może być? "Może gorzelnia" - powiedział Marek. Musieliśmy sprawdzić. Ale zanim skręciliśmy w tamtą stronę nasz wzrok przykuł ogon samolotu, a dokładniej sam statecznik pionowy błyszczący w świetle słońca zbliżającego się już do widnokręgu.
Po krótkiej chwili ruszyliśmy w stronę domniemanej gorzelni. Przystanęliśmy jednak na moment obok jakiegoś starego zniszczonego budynku, krytego dachówką. Okazało się, że jest to stajnia... to znaczy była kiedyś. Marek tradycyjnie zrobił kilka zdjęć, ja zostałem na ulicy. 
Nagle zza zakrętu lekko niestabilnym torem jazdy wyjechał jakiś mężczyzna na rowerze. Zatrzymał się obok mnie. Myślę, że jakiś właściciel i będzie nas ochrzaniał. A on jak gdyby nigdy nic:
- Cześć chłopaki. Nie widzieliście mojego małego, żółtego psa? Bo uciekł mi i go nie mogę nigdzie znaleźć.
- Nie nie widzieliśmy, bo my nie jesteśmy stąd. Dopiero co przyjechaliśmy i zaraz uciekamy dalej.
- To skąd jesteście?
- Z Garwolina.
- Aaaa z Garwolina?! Mam znajomego w Garwolinie, nazywa się... kurde jak on się nazywa... no nie powiem wam - zapomniałem. A co wy tu robicie?
- A jeździmy rowerami, szukamy zabytków i tak właśnie tutaj trafiliśmy.
W międzyczasie przyszedł Marek z aparatem.
- I wy tak jeździcie i kamerujecie zdjęcia zabytków tak?
- No tak... zgadza się :D
Po chwili koleś opowiedział nam o stajni, obok której staliśmy. Spytaliśmy też, co to za budynek, o którym pisałem chwilę wcześniej. Potwierdził, że jest to gorzelnia. Powiedział, że możemy tam bez problemu wejść i oglądać, a gdyby ktoś pytał, co my tam robimy, to możemy powoływać się na jego nazwisko. Ok. Z taką akredytacją to można zwiedzać :D W końcu postanowił, że pójdzie z nami i oprowadzi nas po całym budynku. No to pięknie :D Nawet przewodnika można znaleźć. Odstawiliśmy rowery i poszliśmy oglądać.

Nasz "przewodnik" opowiadał o gorzelni bardzo rzeczowo, pokazał nam, którędy to leciał ten najważniejszy płyn, czyli spirytus i gdzie był składowany (zbiornik 76tys. litrów). Kilkakrotnie zaznaczał, że było to jedno wielkie pijaństwo. Przedstawił też ciekawą teorię, że to "Żydy wymyśliły wódkę, żeby upić wszystkich". Sam też nie był trzeźwy.
Browar okazał się być z 1905 roku. Od kilkunastu lat opuszczony i rozkradany. Złomiarze wyniosą wszystko. Kilka lat temu został wykupiony przez prywatną osobę, ale jak narazie nie widać zmian. Może kiedyś będzie tam coś ciekawego.

Przewodnik spełnił swoją misję. Podziękowaliśmy mu za przekazaną nam wiedzę, ten wsiadł na rower i odjechał. My poszliśmy zrobić kilka zdjęć z zewnątrz. Piszę "my", bo ja nie chcąc być gorszy też pstrykałem, ale telefonem :D

Zrobiło się późno. Ok. 18:15. Szybko zjedliśmy kanapki wyciągnięte z plecaków i ruszyliśmy w stronę domu.
Przystanęliśmy jeszcze na chwilę obok szkoły, która podobnie jak Wilczyskach mieści się w starym dworku. Ten jednak był o wiele ładniejszy.
Do przejechania ponad 30km. Liczyliśmy na to, że wiatr, który nas przygnał do Starego Zadybia, teraz uspokoi się i pozwoli nam wrócić do domu. Nic z tych rzeczy. Do samego Garwolina musieliśmy kręcić po wiatr.
Prędkość wynosiła ok. 22-24km/h. Trochę za dużo jak na takie warunki i zmęczenie po dzisiejszych kilometrach. Chcieliśmy jednak możliwie najszybciej wrócić do domu, by jak najmniej jechać w ciemnościach.
Dojeżdżamy do Żelechowa
Widać kościół
Godzina 19:00. Dotarliśmy do Żelechowa. Kościół ciekawie oświetlony, więc przystanęliśmy zrobić zdjęcie:
Fotografia Marka
i moja ;)
Nie ociągając się ruszyliśmy dalej. Do Piotrka już nie zajechaliśmy. Było za późno. O 19:35 dojechaliśmy do Górzna. Tam zrobiliśmy kilka minut koniecznej przerwy. Włączyliśmy oświetlenie i pojechaliśmy dalej. Po 10-15 minutach było już całkiem ciemno. Na Sławinach zatrzymaliśmy się. Marek postanowił przenocować tej nocy u siostry. Dokładnie o 19:58 pożegnaliśmy się i samotnie już każdy pojechał w swoją stronę. Przyspieszyłem. Jechałem nawet bardzo szybko. Podobnie przez Garwolin. Zatrzymało mnie jedynie czerwone światło w koszarach. O 20:11 byłem już w domu. 5,5km w 13 minut. Vśr = 25,4km/h.
Kolejna ciekawa wycieczka, chociaż bardzo męcząca. Zostawiliśmy sobie za mało czasu, ale udało się. Pogoda wydawała się nie sprzyjać, ale biorąc pod uwagę chmury, z których padało wszędzie dookoła, lecz nie tam, gdzie my byliśmy to mieliśmy szczęście :) A do Starego Zadybia musimy wrócić. Damy radę ;)
Mapka z wyprawy: 
6115
Kategoria Z Markiem
Rano zakupy. Wieczorem
d a n e w y j a z d u
17.00 km
0.00 km teren
00:50 h
Pr.śr.:20.40 km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:
Rano zakupy. Wieczorem 40 minut kręcenia po mieście dosyć szybko.
Kategoria Sam
Rano na miasto. Wieczorem
d a n e w y j a z d u
22.00 km
0.00 km teren
01:20 h
Pr.śr.:16.50 km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:
Rano na miasto. Wieczorem po mieście i do Miętnego. Trochę prób jazdy na jednym kole. Efekt: 2 przejazdy po ok. 800 metrów. Nogi mnie bolą w tych butach. Chyba muszę poszukać innych...
Wjeżdżając na podwórko licznik pokazał 6000 km. Oznacza to, że ja mam już 16tys. udokumentowanych kilometrów, a rower 6 tys. W tym sezonie troszeczkę ponad 1500km.
Koniec statystyk ;) Idę pedałować. :D
Kategoria Sam
Rano piekarnia. Po południu
d a n e w y j a z d u
21.00 km
0.00 km teren
01:15 h
Pr.śr.:16.80 km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:
Rano piekarnia. Po południu kręcenie po mieście i okolicach.
Kategoria Sam
Drugie podejście do opisania
d a n e w y j a z d u
35.00 km
15.00 km teren
02:00 h
Pr.śr.:17.50 km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:
Drugie podejście do opisania tak krótkiej przecież wycieczki. Poprzednio zastrajkowała Opera... Pokazała raport o błędach i tyle. Kawał tekstu poszedł się... turlać.
Dawno nic nie pisałem. Nie znaczy to, że nic nie jeździłem. Przez ten miesiąc przekulałem pare km, ale głównie była to jazda typu "po bułki do sklepu". No ale nareszcie Marek znalazł trochę czasu, pogoda zachęcała do wyjazdu więc się wybraliśmy.
Było coś koło 17 kiedy Marek przyjechał do mnie pod dom. Szybkie spojrzenie w mapę, gdzie dziś jedziemy i już pedałujemy. Mapa nie była potrzebna. Jechaliśmy polnymi drogami w okolicach Budzenia - tereny gdzie tak naprawdę uczyłem się jeździć na rowerze. To tamtędy przebiegały trasy moich pierwszych rowerowych wypadów "bez rodziców" jeszcze na składaku SALTO. I pierwsze fotki. Ptasia armia:
I ja praktycznie "u siebie":
Dojechaliśmy do drogi tzw. Parysowskiej. Teraz jest to zwykła, polna, piaskowa droga, odznacza się tylko tym, że jest szersza od pozostałych w okolicy. Za to kiedyś była ważną arterią komunikacyjną łączącą Garwolin z Parysowem (dokładniej ze stacją kolejową obok Parysowa). Przecinamy asfalt w Puznowie i kontynuujemy tą samą drogą. Dojeżdzamy do Żabieńca, gdzie można zobaczyć bardzo wiekowe już wierzby.

Kiedyś droga prowadziła prosto do stacji PKP Parysów, teraz jadąc "z prądem" wpada się do Żabieńca. Dojechaliśmy do torów i zaraz za nimi skręciliśmy w prawo w jakąś dróżkę, która po chwili zaczęła zanikać. Ale co to dla nas. Po kilkuset metrach dojechaliśmy do przejazdu kolejowego na skraju lasu, który pamiętam z wycieczki rowerowej sprzed kilku (-nastu) lat. Podjeżdzamy. Szlabany opuszczone. Na szlabanie tabliczka: 
Więc Marek bez zastanowienia wypalił: "Żądamy otwarcia!". A tu co? Szlabany podnoszą się. Droga wolna. Ameryka :D
Okazało się jednak, że do otwarcia szlabanów nie potrzeba żadnych okrzyków. Wystarczy podejść. Fotokomórki wykryją ruch i jeśli nie nadjeżdza pociąg zezwolą na podniesienie szlabanów.
Przejechaliśmy na drugą stronę torów i ruszyliśmy dalej wzdłuż nich. Droga jednak zaczęła zanikać. Zatrzymaliśmy się przy jabłoni i weszliśmy na nasyp. 
Postaliśmy trochę, zbadaliśmy rodzaj podkładów kolejowych pod starą bocznicą (spruchniałe drewniane), pojedliśmy jabłek i postanowiliśmy przenieść rowery na drugą stronę torów - tam droga była o wiele lepsza.
Tym duktem dojechaliśmy do starej stacji, a raczej tego co z niej zostało. Weszliśmy do środka. W małym pomieszczeniu bez drzwi zobaczyliśmy ogromną ilość papierów, które pokrywały całą podłogę tego pomieszczenia na grubość ok. 30 cm.
Były to dzienniki, raporty, sprawozdania, arkusze i inne pisma - pozostałości po stacji. Większość z lat 1981-1984.
Po kilkunastu minutach ruszyliśmy dalej w stronę Parysowa. Minęliśmy się z pociągiem jadącym prawdopodobnie z Moskwy. Zajechaliśmy jeszcze na obecną stację. Na rozkładzie jazdy 4 pociągi dziennie. Rano i wieczorem, jeden do Łukowa, drugi do Pilawy.
No ale trzeba jechać dalej. Dojeżdżamy do głównej drogi. Marek jeszcze wskakuje w pole zrobić zdjęcia:

Docieramy do Parysowa. Zdjęcie kościoła na brukowanym rynku.
Ja wpadam do sklepu po wodę.
Po chwili ruszamy w stroną Starowoli i potem przez Gózd i Jaźwiny dojeżdzamy do Borowia. Tam spędzamy sporo czasu oglądając stary kościół i stojącą przed nim jeszcze starszą dzwonnicę.

Zajeżdżamy jeszcze zobaczyć dworek, w którym obecnie znajduje się urząd gminy.
Potem stajemy na moment nad stawem.

Stamtąd przez Starą i Nową Brzuzę jedziemy do Filipówki, gdzie skręcamy w jakąś polną dróżkę. Po chwili doprowadza nas ona do lasu. Nie zwyczajni wracać zagłębiamy się w dosyć pagórkowaty las.
W świetle zachodzącego słońca jeździło się bardzo fajnie, ale trzeba było w końcu wracać. Skierowaliśmy się więc pierwszą lepszą drogą po prostu w stronę słońca. W ten sposób dojechaliśmy do jakichś zabudowań. Okazało się, że to Oziemkówka i miejsce znane nam z poprzedniego wypadu. Nauczeni błędem skręcamy w lewo (wtedy pojechaliśmy na Miastków) i po kilku kilometrach dojeżdzamy do Przykór. Stamtąd już tylko ok. 10km do domu. Jednak zanim dojechaliśmy zrobiło się prawie całkiem ciemno, więc włączyliśmy oświetlenie. Do domu dotarłem kilka minut po 21.
Standardowo mapka wyprawy:
No i najkrótsza trasa, a opis wcale nie :D
Kategoria Z Markiem
Rano zakupy. Ok. 21 wyjazd
d a n e w y j a z d u
30.00 km
0.00 km teren
02:00 h
Pr.śr.:15.00 km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:
Rano zakupy. Ok. 21 wyjazd na miasto "pojeździć". Wracając do domu spotykam Piotrka i Rafała... Kręcimy do 23:30 ;]
Mam światełko to mi wolno :D
Kategoria Inne


